DIALEKTYKA SAMOTNOŚCI

images (1)

W tym świetle łatwo do­strzec, jak i dlaczego wyznanie grzechów zawiera zawsze wyznanie wiary w prawdę człowieka, a więc i wiary w Transcendencję, wiary, bez której prawda człowieka w his­torii ulega zaciemnieniu in errore. Wierzyć może tylko duch.Samarytanka wyznawszy, czym usiłowała stać się in errore, wychodzi z zamknięcia w świecie samotności, w któ­rym nikt nie jest w komunii z nikim, gdzie wszyscy są dla siebie bezwzględni, bo „Pan nie pyta, kim jest sługa, lecz jak on służy” . Wydostając się z dialektyki samotności pana i samotności niewolnika, Samarytanka wchodzi we wspólny świat, w którym nikt nikogo nie posiada, lecz w którym każdy utożsamia się z każdym. To wychodzenie ze świata dialektycz­nych mar do świata „na jawie” nazwałbym, korzystając ze słowa Hegla, łagodnieniem serca. „Ruch, w którym nieczułe serce łagodnieje i wznosi się do poziomu, ogólności, jest identyczny z ruchem świadomości, która przyznała się sama (do tego), czym jest. Rany ducha goją się i nie pozostawiają po sobie blizn. Czyn nie jest czymś nieprzemijającymError rani ducha,.ale error przemija wystarczy go sobie tylko uświadomić, to znaczy przyznać się do niego w swojej samoświadomości, żeby przestał być tym, czym był dotych­czas. A ponieważ „błąd” ten został popełniony wespół z in­nymi samoświadomościami (jako że samoświadomość stanowi rzeczywistość komunionalną), człowiek musi wyznać swój czyn także wespół z innymi, wyznając go wobec nich. Samary­tanka wyznawszy Chrystusowi, czym stała się in errore pobiegła zaraz „do miasta. I mówiła ludziom. Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam.

UMIEJĘTNIE PROWADZONA ROZMOWA

images (2)

A jakże umiejętnie prowadzi z nim rozmowę, trwając w nim jako ten intimior intimo eius, podczas gdy on, syn, trwa jeszcze in errore. Nawiązuje więc do dobra, jakie człowiek czyni. Samarytanka przyszła do studni Jakuba po wodę, którą służyła innym. „Daj mi pić”, poprosił ją Chrystus, zaczynając dialog od wezwania jej do czegoś, co Samarytanka była w stanie wykonać od razu, pomimo swojego trwania in errore. Pijąc podaną Mu wodę zwrócił jej uwagę na inną wodę, tę, która gasi pragnienie na zawsze. Kiedy z kolei ona poprosiła Go o nią, delikatnie przesunął rozmowę na teren moralny, gdzie Samarytanka nie była sobą, lecz przedmiotem kilku rzekomych mężów. Tej wody, która „wytryskuje ku życiu wiecznemu”, można się napić pod warunkiem, że istnieje się w komunii z innymi. Samarytanka wyznała: „Nie mam męża!”Popełniony error posiada charakter czasowy, jest ele­mentem historii. Pra-wiedza natomiast człowieka mówi o czymś, co wprawdzie znajduje się w historii, ale co nie tłumaczy się nią do końca. W konsekwencji i sama pra-wiedza jest faktem ponadhistorycznym. Taka jest natura prawdy i ducha. W końcu zawsze „nadchodzi jednak godzina, ow­szem, już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie” (J 4,23). Wystarczy małe słowo Słowa, żeby samoświadomość człowieka „przyznała się sama do tego, czym jest”; czym jest w prawdzie, a czym usiłowała stać się in errore.

OCZYWISTE POJEDNANIE

images (3)

Pojednanie, tak bardzo oczekiwane przez człowieka w je­go pra-wiedzy, jest pojednaniem natury metafizyczno-zbawczej a nie moralnej. Transcendencja obecna jest już w bólu pra-wiedzy człowieka, co oznacza, innymi słowy, że krzyż z Golgoty tkwi w samoświadomości ludzkiej istoty głęboko w nią wbity. A więc to nie człowiek oczekuje Transcendencji, lecz Ona czeka na niego nieustannie na tym krzyżu.Zamącenie pra-wiedzy przez „węża” daje o sobie znać w każdym czynie człowieka diabolicznie utrwalającym stan bycia wprowadzonym w błąd. Ale i każde pojednanie się z innym człowiekiem i ze samym sobą stanowi równocześnie metafizyczne pojednanie się z Transcendencją. Transcenden­cja pozostaje zawsze obecna w człowieku, tak jakby Ona ze swej strony zawsze była z nim pojednana. Bez tej obecności Transcendencji człowiek przestałby być osobą zamknąwszy się ,,w dalekiej krainie”. Innymi słowy: Bóg nieustannie stwarza osobę ludzką i w ten sposób czeka na człowieka.Kiedy więc zobaczy, że człowiek zaczyna dostrzegać prawdę swojego bólu i pragnie wyjść ze świata niewoli, który ten ból powoduje, ale myśli, że nie ma dokąd iść, wybiega mu naprzeciw; wzruszony do głębi, rzuca mu się na szyję i całuje go. Tym gestem miłości On, Ojciec, ułatwia synowi wyznanie popełnionego przez siebie zła, wszelkiego zła, jakie na nim ciąży: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko Tobie i przeciwko ludo­wi! Dopiero „po” tym moralnym pojednaniu spojrzenie Ojca podnosi syna marnotrawnego ze stanu uprzedmiotowienia w dialektyce pan-niewolnik, w którą wpadł był w „dalekiej krainie”, i wprowadza go do godności podmiotu w ojcowskim domu. Tak Ojciec dokonuje metafizycznego pojednania czło­wieka ze samym sobą, aby człowiek mógł powiedzieć całym swoim byciem: consummatum est!

MOCNA TOŻSAMOŚĆ

images (4)

Może posiadając tak mocną tożsamość ten ktoś, definiendum, pomyślał, że jest możliwe dla niego istnieć w sposób, w jaki istnieje jego Definiens, który nigdy nie był definiendum. Cień tego błędu i zarazem zła pada na rzeczywis­tość będącą najbardziej podobną do tego, który zło to popełnił: na pra-wiedzę ludzkiej istoty. Platon miał rację, kiedy, nie widząc możliwości zrozumienia w pełni zła w człowieku, zaczął mówić o jakimś uprzednim upadku w „niebie”.Zamąconą przez kogoś z zewnątrz pra-wiedzę człowieka może oczyścić tylko ktoś z zewnątrz. Bóg nie może pozostawić człowieka samemu sobie w obliczu upadłych aniołów, którzy są silniejsi od jego ludzkiego bytu osadzonego w czasie i przestrzeni. Gdyby go tak pozostawił, sparaliżowałby sam akt stwarzania, a On sam, Stwórca, znalazłby się w szachowej sytuacji pata.Rozdarcie pra-wiedzy domaga się pojednania, jakiego może dokonać jedynie Transcendencja, ponieważ tylko Ona władna jest usunąć cień padający „stamtąd”. I dokonała tego właśnie poprzez innego anioła w spotkaniu, w którym „padł cień” samego Boga na Maryję. Ale doświadczenie bólu, jaki człowiek przeżywa w swojej pra-wiedzy, zaciemnionej przez podstęp „węża” trwa, z tą jedynie różnicą, że teraz to i ten ból kieruje ludzką nadzieję ku Transcendencji.

WĄŻ W BIBLII

images

Platon mówi o jakiejś wielkiej tragedii, na skutek której dusze nasze nagle spadają z wyżyn, na których oglądały prawdę rzeczywistości w świetle Dobra, w ciemne więzienie | ciała. Samą jednak tragedię tłumaczy w sposób nieprzekony­wujący; przyczyny jej dopatruje się w „czarnych rumakach”, czyli w złych namiętnościach samego człowieka. Tymczasem pra-wiedza człowieka oraz zamącenie jej oczywistości są pierwotniejsze aniżeli jego namiętności. Platon nie mógł jednak powiedzieć niczego więcej. Doświadczenie człowieka bowiem przekracza możliwości interpretacyjne, jakimi dys­ponuje słowo powiedziane przez samego człowieka. Dlatego, aby móc poznać samego siebie, potrzebuje on Objawienia. Biblia używa obrazu węża. Wąż, element zewnętrzny względem istoty ludzkiej, ukazuje człowiekowi pra-wiedzęzawartości różnej i obcej jego pra-wiedzy. Obrazem tym Biblia wprowadza nas w samo serce doświadczenia człowieka, pozwalając nam dostrzec w tym doświadczeniu to, czego nie można pojąć li tylko poprzez obraz „czarnych rumaków”. Wymazywać obecność daru z pra-wiedzy człowieka może tylko ktoś z zewnątrz; dlatego pokusa przypisania sobie tego, co filozofia klasyczna nazwała a s e i t a s, jest pokusą nielu­dzką. Musiała przyjść do człowieka od kogoś, kto własnymi oczami, ale tylko oczami, jakoś dotykał tego atrybutu boskości poprzez niego bezpośrednio samookreślał się w swojej samoświadomości.

ŁATWO ZROZUMIEĆ

pobrane (1)

Łatwo zrozumieć, dlaczego człowiek zatrzymuje się przy pięknym ciele, przy pięknych czynach czy myślach, wbrew ich piękności. Łatwo zrozumieć, dlaczego wola, która ze swej istoty chce dobra o każdej porze dobrego, często idzie za dobrem jednodniowym; to, co nazywamy wiedzą, zbyt często ukazuje jednodniowy pożytek jako trwałe dobro. W wiedzy bowiem człowiek jest nieobecny. W pra-wiedzy natomiast jest on zawsze obecny dlatego ona w jego marzeniu oraz pragnieniu jest tak imperatywna i tak zobowiązująca. A jeśli tak, to skąd bierze się interpretacja pra-wiedzy odwodząca człowieka od Boga, który w tej właśnie pra-wiedzy dochodzi do głosu? (Któż inny mógłby wzywać z taką mocą?) Kto zasłania pra-wiedzy rzeczywistość pokrewną człowiekowi, tak że owa pra-wiedza niejako sama siebie nie widzi i to tak dalece, że człowiek errat właśnie w tym, co stanowi jego najgłębszą rzeczywistość? Na tym poziomie bycia, bycia prag­nieniem Transcendencji, człowiek nie byłby zdolny działać wbrew samemu sobie, ponieważ właśnie tu stanowi on rzeczy­wistość określoną i daną sobie samej: jestem taki i powinie­nem być taki! Będąc taki nie przedstawiam przedmiotu wyboru dla własnego liberum arbitrium, chyba że przekreślę siebie aktem samobójstwa. Ktoś zatem inny musi interweniować w pra-wiedzy. Jakimś perfidnym, a równocześnie genialnym ruchem tak dotyka w niej miłości i wolności, że w pewnej mierze przemie­nia ją w pra-wiedzę posiadania oraz zniewolenia. Dokonuje tego ukazując pra-wiedzy Transcendencję jako produkt wiedzy i woli samego człowieka.

ROZDARTA SAMOŚWIADOMOŚĆ

pobrane

Rozdarta samoświadomość nie jest w stanie postawić pytania „kim jestem?” w sposób czysty. Utraciwszy „przej­rzystość jedności” stawia to pytanie w sposób mętny. Ale czy tylko człowiek ponosi winę za brak jasności w tym pytaniu? Niewątpliwie czyny człowieka wprowadzają nieład w jego samoświadomość, ale czyny te przemijają, a pozostałe po nich I „ciężkie kamienie” można usunąć z pomocą tych, razem z którymi zostały tam wrzucone. Ciężary bowiem tych kamie­ni przekraczają siły jednego człowieka ani ich tam wrzucić nikt nie mógł sam, ani ich nikt stamtąd nie zdoła usunąć. Wystarczy, żeby error został wyznany jako error przed wspól­notą, której wyrządził krzywdę, i error ten natychmiast przestaje być sobą. Doświadczenie jednak mówi, że nawet potem człowiek ma kłopoty z pytaniem o własną tożsamość. Napotyka na trudności na poziomie samej pra-wiedzy, jakby tu właśnie zostało popełnione jakieś szczególne zło, które wprowadziło w nią zamęt a nawet boleśnie ją rozdarło. Człowiek jednak nie ma doświadczenia popełnienia przez siebie tego zła, doświad­cza jedynie ciężaru „kamienia”, który widocznie ktoś inny wrzucił w prawiedzę, a który nie pozwala istocie ludzkiej widzieć całej prawdy marzenia i pragnienia Transcendencji, właściwych ludzkiej prawiedzy.

DOBRO I ZŁO

wolnosc-1-350x198

Podobnie jak dobro, tak i zło posiada charakter „komunionalny”. Nie ma dobra prywatnego, ale nie ma także i prywatnego zła. Nikt nie przychodzi do Boga prywatnie, ale też nikt od Niego prywatnie nie odchodzi. Zło grzechu to i katastrofa w samych fundamentach samoświadomości czło­wieka a więc i wspólnoty międzyludzkiej. Katastrofa za­trzymania się na drodze wiodącej do Ziemi Obiecanej wyraża się tym, że człowiek i społeczność żyją wartościami, za które się nie umiera ponieważ, nie mając przed sobą przyszłości,I nie obejmują one całego ich życia nie żyją natomiast  wartościami, za które się umiera, aby w nich odnaleźć własne consummatum est. Mamy tu do czynienia z najgłębiej pojętą niesprawiedliwością, polegającą na odebraniu sensu człowie­kowi. Zło rozdziera samoświadomość człowieka oraz wspólno­ty, w jakiej on istnieje. Czyny samookreślania się niepokrewnymi definientes przemijają, ale niepokrewne definientes | pozostają w nas ciążąc jak kamienie. Każdy z nich posiada swój kierunek; swoim ciężarem rozrywają jedność człowieka oraz wspólnoty, ponieważ kamieni tych jest wiele. Wszystko zaś, co jest rozdarte, boli. Rozdarta samoświadomość boli, powodując także ból samej wspólnoty.

GRZESZNA SAMOŚWIADOMOŚĆ

zywa-wiara-foto-main

Niewierność wobec Piękna, którego refleksy w bytach zostały zdradzone przez człowieka, przy mniejszym lub większym współudziale tych bytów, odbiera ludzkiej istocie „przejrzystą jedność z po­krewną dla niej samej Transcendencją. Niepołozenie nadziei w Pięknie, które jest święte, niepołożenie nadziei w Bogu, przekreśla świętość człowieka. Dlatego każdy czyn „cudzoło­żenia” z jakimkolwiek bytem wbrew prawdzie odsłoniętej przez refleks Piękna, stanowi moralne zło i grzech. Grzech polega na przekreśleniu możliwości uświęcenia się człowieka, jakie dokonuje się, kiedy ten samookreśla się przez Tego, który jest święty (por. 1 J 3,2-3). Grzech i uświęcenie to dwa stany samoświadomości osoby ludzkiej. Lecz tylko uświęce­nie czyni tę samoświadomość naprawdę samoświadomością.Grzeszna samoświadomość to samoświadomość zatrzymana, a więc zanegowana w swojej istocie. Można zatrzymać się nawet przy aniołach. I chyba wtedy miałoby miejsce największe zło, najbardziej perfidna „meprzejrzy- stość” samoświadomości. Jest znamienne, że kiedy Maria z Magdali szukając zwłok Jezusa rozpoznała Go w stojącej obok siebie osobie i wezwała dawnym słowem: „Nauczycie­lu!”, usłyszała: „Nie zatrzymuj mnie, jeszcze bowiem me wstąpiłem do Ojca” (J 20,17).

NAJWIĘKSZE DOBRO CZŁOWIEKA

religia

Tam, gdzie dzieje się największe dobro człowieka, tam może pojawić się i największe zło. Istota dramatu dobra i zła rozgrywa się w samoświadomości człowieka. Mamy tu do czynienia z dramatem pojednania się definiendum z definiens, z dramatem komunii zagrożonej przez samotność i z drama­tem samotności, która nie może zapomnieć komunii.Zło polega na jednaniu się człowieka w swojej samo­świadomości z niepokrewną sobie rzeczywistością. Tak rozu­miane zło popełnić może tylko podmiot, to znaczy człowiek, który już istnieje w jakiejś samoświadomości. Niewolnicy, twierdził Arystoteles, nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny, ponosi ją ich pan. Tylko człowiek już jakoś świadomy Transcendencji odsłaniającej mu się w piękności spotkanego ciała czy spotkanych czynów albo myśli, człowiek słyszący wezwanie tej piękności zdolny jest zatrzymać się przy samym ciele czy samej myśli, bądź czynie, jakie spotyka. Bo tylko tak świadomy człowiek może się zatrzymać na drodze do Transcendencji i popełnić zdradę krzycząc: „non serviam. .Niewierność wobec pokrewnej sobie rzeczywistości, po­przez którą człowiek winien się samookreślić, utożsamia się z niewiernością wobec samego siebie.